Robinsonada - pierwszy ultramaraton rowerowy (2020)
Robinsonada w 2020 roku, była moim pierwszym startem w tego typu zawodach. Pierwsze typowo gravelowe ultra w Polsce zaczęły się pojawiać w 2019 i w 2020. Pierwsza edycja zawodów "Wisła 1200" miała miejsce w 2018 roku i większość startowała na trekkingach, crossach, MTB. Wtedy jeszcze gravele w Polsce były bardzo niszowe. W necie można znaleźć info o ultramaratonach organizowanych już w pierwszej dekadzie lat dwutysięcznych. Wtedy jeszcze nie interesowałem się tak kolarstwem i trudno mi powiedzieć na ile one były popularne. U mnie pomysł startu w tego typu zawodach zakiełkował po obejrzeniu relacji z "Wisły 1200" na YT.
Nie zapisałem się na "Wisłę", ponieważ 1200km było dla mnie wtedy sporym wyzwaniem - fizycznym i logistycznym (dojazd i powrót do domu, to są dodatkowe dwa dni). Robinsonada pojawiła się znienacka i to w moim mieście - Toruniu (dokładnie jakieś 3km ode mnie). To był znak! Opadł problem z czasem i kosztami dojazdu i powrotu. Jeśli miałem wystartować w ultramaratonie rowerowym, to nie było lepszej ku temu okazji, więc się zapisałem (wpisowe wyniosło mnie wtedy 230zł). Z ciekawostek, na pierwszą edycję zapisało się zaledwie 95 osób. Wtedy była tylko jedna trasa, licząca 475km. Dziś, czyli w 2025 roku, będą aż cztery edycje i każda z nich będzie miała po cztery trasy!
Do dziś pamiętam, jak poszedłem po pakiet startowy. Punkt startowy znajdował się na małym boisku na terenie UMK. Pojawiłem się wcześniej. Za chwilę przyjechało parę osób i jeżeli dobrze pamiętam, to wydawanie pakietów odbywało się przy dwóch skromnych stolikach. Dopiero kolejnego dnia pojawił się niewielki namiot. Na stronie organizatora - https://robinsonada.com.pl/robinsonada-2020/ można znaleźć nie dużą galerię zdjęć z tej edycji (wnioskując po jakości fot, były prawdopodobnie robione jeszcze Nokią 3310). Wcześniej brałem udział w kilkunastu różnych imprezach sportowych, i porównując początek tej imprezy do innych, to muszę przyznać, że był jednym z najbardziej skromnych i zarazem klimatycznych.
Gravela kupiłem w 2019 roku i to sprawiło, że tak naprawdę wkręciłem się w jazdę rowerem i zacząłem myśleć nad jakimś zawodami. Myśleć o wystartowaniu i dojechaniu w całości do metu (w limicie czasu) a nie stricte rywalizacji i walki o jakiekolwiek miejsce. Przez rok nabyłem trochę doświadczenia w dłuższych jazdach (tutaj mam na myśli w okolicy 100-200km). Przez ten czas szukałem najlepszej pozycji, najlepszego siodełka, najlepszej owijki, najlepszych opon itd. W 2020 roku już byłem gotowy zaryzykować i zapisać się na zawody.
Nie będę ukrywał, że poziom trudności trasy Robinsonady lekko mnie zaskoczył (Radek G. określiłby tę trasę jako niedzielną przejażdżkę do kościoła). Dla mnie, wtedy, była wyzwaniem. Przed startem, gdy tylko został opublikowany przez organizatora ślad GPX, postanowiłem przejechać połowę trasy. Dystans 250km przejechałem w czasie 17h... Trasa okazała się nie być tak przyjemną, jakie sobie do tej pory sam wyznaczałem. Było zauważalnie więcej terenu i piasku. Plus wiodła tak, że przez kilkadziesiąt km nie mogłem zaopatrzyć się w wodę (trasę jechałem w niedzielę). Już samo to wymusiło parę zmian (między innymi montaż dodatkowego, litrowego bidonu, pod dolną rurą).
 |
Robinsonada 2020 - piaskowe fragmenty trasy
|
 |
| Robinsonada 2020 - Wąwóz "Goły Jon" |
Zapisując się na zawody, założyłem sobie, że pokonam tę trasę na dwa razy (z noclegiem w połowie). Wynająłem wcześniej pokój w miejscowości Kamionki, dokładniej w Ośrodku Wypoczynkowym "Polanka". Jeżeli lubicie klimat PRL (ze wszystkimi jego plusami i zarazem minusami, to śmiało mogę polecić ten ośrodek). Pamiętam, że gdy przyjechałem parę dni wcześniej wynająć i opłacić, to po opowiedzeniu właścicielowi historii, że w sumie to będę tylko parę godzin w pokoju, ten zaprosił mnie do skorzystania już teraz z obiadu aby mi nie przepadł.
Radosław (organizator Robinsonady), już od samego początku stawiał na to aby ta impreza rowerowa nie miała tak rygorystycznych reguł jak np. "Wisła 1200", i tym samym w regulaminie nie było zapisu o zakazie wynajmu noclegu przed startem. Moim zdaniem bardzo słusznie, bo ten zapis zawsze wydawał mi się bez sensu. Dlaczego? Po pierwsze, osoby rywalizujące o pierwsze miejsca i tak jadą longiem. Jeśli na dłuższych dystansach śpią, to najczęściej parę minut na przystankach itp. Po drugie, często trudno określić co stanie się na trasie i czy uda się wg dojechać do wcześniej wynajętego noclegu. Im zawody trwają dłużej, tym trudniej trzymać się wcześniej ustalonego planu. Po trzecie, załatwienie noclegu przez a nie w czasie zawodów nic nie zmienia. Prawdopodobieństwo, że w Polsce zabraknie miejsca noclegowego dla kilkudziesięciu osób jest bardzo małe. Po czwarte, podobno startujący i tak nie respektowali tego zapisu. Po piąte, część osób prosiła rodzinę lub znajomych aby im wyszukała i zarezerwowała jakieś miejsce noclegowe, co też nie było zgodne z regulaminem.
 |
| Robinsonada 2020 - mój rower |
Dzień przed startem wszystko miałem zaplanowane i przygotowane. Dodam tylko, że boom na gravele i wszystko co z nim związane, w 2020 roku dopiero się tak na dobre rozkręcał. Wtedy nie było jeszcze tak szerokiego wyboru rowerów i akcesoriów rowerowych. Jednak nadal mam ten sam rower - Accent Furious i przejechane na nim już ponad 35k km (choć z oryginału została tylko rama, widelec, lewa klamkomanetka i hamulec). Nigdy mnie przez ten czas nie zawiódł i nie zamierzam go zmieniać.
Start pierwszej edycji odbył się 20 sierpnia (był to czwartek - jedna z rzeczy, która się potem zmieniła). Wystartowałem dokładnie o 8:05. Dla bardziej zainteresowanych, w momencie startu były następujące warunki atmosferyczne - bezchmurnie, 16°C, odczuwalna temperatura 16°C, wilgotność 75%, wiatr 2m/s z PłnPłnZ. Śmiało można powiedzieć, że warunki wyśmienite! Niestety im bliżej południa tym temperatura się zwiększała. Jadąc w pełnym słońcu miało się wrażenie, że temperatura sięga 40 stopni! Jeszcze gorzej miało być dzień później. Chyba najdokładniej panujące warunki w czasie zawodów, opisuje nagłówek z jednej z toruńskich gazet - "Pogoda na piątek. Do Torunia nadciągają afrykańskie upały!".
Jak wspominałem, objechałem pierwszą połowę trasy. Do momentu startu uległa ona lekkiej zmianie. Jednak największa modyfikacja nie została wprowadzona przez organizatora ale przez pogodę. Tam, gdzie dwa tygodnie wcześniej jechałem po utwardzonych leśnych duktach, w dniu zawodów zmieniły się w pustynne piaski. Aż ciężko było mi uwierzyć, że w ciągu dwóch tygodni, tak bardzo może się zmienić nawierzchnia. I choć wiedziałem, że nie mogę winić za to Radosława, to i tak wulgaryzmy leciały na prawo i lewo.
Do wystartowania w Robinsonadzie namówiłem moich trzech znajomych. Nie wiem czy do dziś mi to wybaczyli... Tak więc tego 20 sierpnia, o ósmej rano, stanęliśmy na linii startu. Na znak Radka, wystartowaliśmy. Początkowa taktyka na Robinsonade nazywała się "dzida od początku!". Jednak już po ok 20 km, w dużej mierze odszedłem od tego zamysłu. Mój plan opierał się na spokojnej jeździe i przystankach, co 30 minut na picie i co 60 min na przekąszenie czegoś (tym czymś w większości były batony RAW z Lidla, miałem ich z 30 z sobą). Realizowałem go prawie do samego końca.
Od startu w 2020 roku minęło już trochę czasu, zatem nie przytoczę tutaj wszystkiego co działo się na trasie. Skupię się na tych rzeczach, które po prawie pięciu latach, nadal pamiętam. I pewnie jak się domyślacie, pamiętam te najbardziej dające w kość. Pierwszą rzeczą jaka mi się przypomina, gdy pomyśle o Robinsonadzie w 2020 były saharyjskie piaski. Pamiętam też pierwszy, osiedlowy sklep, który pojawił się na trasie po przebyciu tej pustyni. Był jak spełnienie marzeń! Do tej pory nie widziałem wspanialszego sklepu spożywczego!
 |
| Robinsonada 2020 - osiedlowy sklep, który uratował mi życie |
Sklep znajdował się około 120km trasy (czyli już 25% było za mną!). Startowałem z trzema litrami wody. Dojeżdżając do sklepu były już puste. Przeliczając to na litry, to wypijałem litr na 40km trasy. Dużo (przynajmniej jak na mnie). Nie pamiętam co dokładnie już kupiłem ale pod samym sklepem wypiłem z litr soku, wody i piwo bezalkoholowe.
Nocleg w Kamionkach był na ok 250km. Dojechałem tam około północy. Założenia były takie aby spędzić tam maksymalnie pięć godzin... W rzeczywistości spędziłem tam prawie osiem! Jak wspomniałem, miejscowość znajdowała się w pobliżu jezior. Temperatura w ciągu dnia sięgała ponad 30 stopni a w nocy dość mocno się ochłodziło, w pobliżu wody chłód był bardziej odczuwalny. Niestety nie zabrałem z sobą czegoś cieplejszego do ubrania. Gdy dojechałem na nocleg miałem lekkie dreszcze. Planowałem przespać z trzy godziny. Ale spałem może z godzinę. Trasa i panująca pogoda bardzo dały mi w kość. Myślałem nawet o wycofaniu się. Jednak, jak to często mówi Radek G. "Poczekaj z decyzją do rana". Rano, nie było łatwo się podnieść. Jednak kiedy wsiadłem na rower, poczułem się lepiej. Postanowiłem nie odpuszczać i ruszyć dalej. Dodam, że wtedy od miesiąca nadawało już Radio Nowy Świat. W piątki zaczynają audycją "Poranna Manna", którą to prowadzi Wojciech Mann i Marian. Humor i muzyka tej audycji podniosła moje morale. Na dłuższe trasy jeżdżę z jedną słuchawką w uchy (z takim poziomem głośności, że mimo muzyki mogę nawet rozmawiać z kimś jadącym obok).
W pierwszej zobaczonej piekarni kupiłem bułki, drożdżówki i pączki. Co zauważalnie poprawiło mój nastrój. Druga połowa trasy była bardzo podobna do pierwszej. Częściej jednak robiłem przystanki na picie. Jak patrzę na wykres na Stravie, to wydaje mi się, że tempo minimalnie mi spadło ale i tak systematycznie parłem do przodu. Niewiele już pamiętam z drugiego etapu wyścigu. Pierwszego dnia ciągle z mijałem z uczestnikami wyścigu. Natomiast drugiego dnia spotkałem maksymalnie z trzy osoby. System śledzenie z pierwszej edycji Robinsonady, mówiąc delikatnie, nie był najlepszy. Toteż nawet nie wiedziałem w sumie, który jestem i jak daleko przede mną i za mną, są pozostali.
Na ok 20km przed metą powiedziałem sobie "dzida do końca!" i ruszyłem ile sił w nogach. I nie pamiętam ile to trwało ale chyba maksymalnie parę minut, bo za chwilę miałem wrażenie, że ta dzida do końca, to było dobrych parę godzin temu... Byłem naprawdę wyczerpany i myśli mi już trochę uciekały...
Po 40 godzinach, 50 minutach i 35 sekundach, i przejechaniu 478km, dojechałem do mety! Potem dowiedziałem się, że wyglądałem na bardzo wkurzonego przy odbieraniu medalu. Przyznam, że momentami na trasie byłem bardzo wkurzony! Ale na mecie nie, na mecie byłem po prostu wyczerpany. Aby uświadomić Wam jak bardzo, to powiem, że gdy wracałem na rowerze 3 (słownie trzy) km do domu, to się zastanawiałem czy ja już byłem na mecie...
 |
| Robinsonada 2020 - przebieg i profil trasy |
Dopiero kolejnego dnia, po dłuższym odpoczynku, byłem w stanie przyjechać i porozmawiać z organizatorami a także wziąć udział w losowaniu nagród (wygrałem wtedy bon na 100zł do sklepu rowerowego!). Poczekałem też na znajomych, którzy po 18h po mnie, też dotarli do mety.
Okazało się, że zdobyłem bardzo wysoką lokatę - miejsce 37 na 95 startujących! Co mnie naprawdę zaskoczyło.
Podsumuję bardzo krótko. Czy Robinsonada 2020 mi się podobała? Tak. Czy zapisałem się na kolejną edycję? Tak.
Na zakończenie, dla wszystkich, który zastanawiają się nad wzięciem udziału w Robinsonadzie lub dowolnie innych zawodach sportowych i wątpią czy sobie poradzą, mam radę, na którą natknąłem się na jednym z przystanków autobusowych:
 |
| PeKaeSowa rada życiowa |
Komentarze
Prześlij komentarz